Przejdź do treści

Moja przygoda w Bordeaux

15/03/2017

Była wczesna wiosna 1971 roku, kiedy po uzyskaniu wielomiesięcznego stypendium Fundacji Portmanna jechałem do Bordeaux super Expressem „Aquiten” relacji Paryż–Madryt. Późnym popołudniem pociąg wjechał miękko pod olbrzymią kopułę dworca. O tej porze wszystko było zamknięte. Po drugiej stronie dworca dostrzegłem dwa czy trzy szyldy z napisem Hotel. Wszedłem do pierwszego. Nieduży hol, mały stolik, dwa foteliki i spiralne schodki na piętro. Ani śladu recepcjonisty. Zawołałem: „halo!”. Po chwili schodkami zeszła dość korpulentna pani w barwnym szlafroku. „Przepraszam – chciałbym się zatrzymać do jutra”. Starsza pani uśmiechnęła się nieznacznie. „Pan jest chyba cudzoziemcem” – powiedziała. „Przykro mi, ale u mnie nie jest normalny hotel. Musi pan przejść obok”. Pożegnałem się i dopiero po wyjściu zauważyłem na drzwiach kartkę: 1 godzina – 10 franków; dwie – 20… Wszedłem więc do małego „burdeliku”. Takie oto powitanie zgotowało mi to piękne portowe miasto. Przenocowałem w hotelu obok, a rano znaleziono mi pokój u pani Servan na placu Gambetta, niedaleko portu i wypłacono stypendium za pierwszy miesiąc.

Poznałem wielu kolegów stypendystów ze świata, choć najbardziej podświadomie przypadliśmy sobie do gustu we czterech: Brazylijczycy Grelet i Barionuevo, meksykanin Astorga, no i ja (w 1971 roku przybysz z „czerwonej” Polski). System odbywania stażu był dość precyzyjnie zaplanowany. Rano zajęcia w szpitalu du Tondu, oddalonym o kilkanaście kilometrów od centrum miasta lub w klinice fundacji na ulicy d’Ares. Popołudniu, dwa trzy razy w tygodniu seminaria i przyjęcia ambulatoryjne, podczas których profesor dokonywał konsultacji oraz zmiany opatrunków po uprzednio wykonanych operacjach uszu. Po zajęciach popołudniowych, jeśli ktoś chciał (a chcieli wszyscy), można było kupić za 15 franków preparat i rozpocząć indywidualną naukę praktyczną w pracowni techniki mikrochirurgicznej, wyposażonej w doskonały sprzęt i mikroskopy operacyjne.

Przypomnę, że byliśmy w kolebce wytrawnych win francuskich, w ciepłym klimacie doliny Garonny, wśród wzgórz jakby celowo tak usytuowanych, aby winnice wystawione były wprost pod promienie słońca. W pobliżu – na północy, niedaleko – graniczył z nami region Cognac. Jedyne miejsce, gdzie w olbrzymich dębowych bekach fermentowały, a następnie przez lata leżakowały powszechnie znane francuskie koniaki, takie jak Martel, Camus, Courvoisier, Remi Martin czy Bisquit.

Z prawdziwą przyjemnością muszę napisać o międzynarodowym festiwalu muzyki tzw. Muzycznym Maju, jaki odbywa się w Bordeaux 3 i 4 maja. Festiwal ten ma przepiękną oprawę dekoracyjną. Koncerty odbywają się, albo w XVIII-wiecznym Teatrze Wielkim albo w niecodziennej scenerii zamku de la Brede (XIV wiek), położonym na maleńkiej wyspie lub (jak kto woli) w zameczku otoczonym dość głęboką i szeroką fosą. Piękny wystrój starych sal    i wspaniała biblioteka z licznymi dziełami Monteskiusza. W maju też, odbywa się                  w Bordeaux „Święto Wina”, podczas którego swoje znakomite trunki oferują i zachwalają poszczególne regiony całej Francji. Impreza odbywa się na terenie międzynarodowych targów. Przez miasto przechodzi niezwykle barwny pochód reklamujący i zachwalający wina ze swoich winnic.

W soboty popołudniu i w niedziele lubiłem chodzić do portu. Patrzyłem na ogromne statki zacumowane w dokach, na żurawie unoszące z dziecinną łatwością ogromne kontenery, ale także na sprawność ludzi obsługujących te piekielne machiny. W dali, na zachodzie, lśnił w słońcu, jak dekoracja teatralna, ogromny, potężny most wiszący łączący oba brzegi Garonny, chluba mieszkańców Bordeaux. Lubiłem również patrzeć na przypływ morza w Zatoce Biskajskiej. W Arcachon, nadmorskiej miejscowości, gdzie również bywaliśmy, poziom przypływów i odpływów morza wynosił kilka metrów. Odpływ odsłaniał kilometry plaży i wówczas trzeba było wiedzieć kiedy wracać, bo przypływ mógł być szybki                   i uniemożliwić powrót. O potędze tych sił niech świadczy fakt, że podczas przypływu morze „cofa” Garonnę wlewając się w jej koryto. Wówczas butelki, puste skrzynki, pływające puszki płyną także w porcie Bordeaux w górę rzeki, mimo że miasto położone jest około sto kilometrów od brzegu morza.

Dodatkową atrakcją rozrywkowo-naukową były kursy dokształcające, jakie organizowano dla kandydatów wielu krajów Europy i świata. Lubiliśmy te kursy. Zmieniały one normalny tok naszego życia zawodowego i pozwalały wiele się nauczyć.  

Zostaliśmy zaproszeni do rezydencji profesora, położonej w przepięknym parku za miastem. W ogrodzie oświetlonym kolorowymi lampionami, wokół małej fontanny ustawiono stoły. Strzelały korki szampana, a kelnerzy w liberiach… zaczęli roznosić tace z kieliszkami. Podobni byli do jakichś oficerów starej gwardii ze złotymi epoletami, szamerunkiem na rękawach i kołnierzach swoich granatowych marynarek oraz ze złotymi lampasami na szarych spodniach. Na siedząco połykaliśmy kolejne ostrygi oraz szparagi,  a po umyciu rąk w miseczkach podawanych przez „oficerów w liberii”, przyszła kolej na coś gorącego serwowanego w porcelanowych salaterkach, coś, co było trochę strogonowem, a trochę czymś, czego  nie umiałem odgadnąć. Było „toto” bardzo dobre, zwłaszcza z czerwonym winem, oczywiście winem Bordeaux.

Punktualnie o godzinie 2200 gospodarze pojawili się przy bramie. Jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki goście zaczęli się żegnać i odjeżdżać zapewniając, że było to niezwykle miłe spotkanie i że był to bardzo piękny wieczór. A wieczór rzeczywiście był bardzo piękny. Ciepło, zapach drzew i kwiatów, rozgwieżdżone niebo i głośne cykanie cykad. Do tego tu i ówdzie maleńkie ogniki „tamtejszych” robaczków świętojańskich. Ze wschodu dobiegał ściszony gwar wielkiego miasta nad którym lśniła łuna tysięcy świateł.

Ale  Bordeaux to przede wszystkim wielki morski port handlowy i rybacki, ośrodek przemysłu petrochemicznego, maszynowego, stoczniowego i winiarskiego, także ośrodek naukowy (uniwersytecki), kulturowy (festiwale muzyczne), bogaty w zabytki sakralne (kościół St. Miichel z wieżą o wysokości 109 metrów) i zabytki z epoki rzymskiej, a współcześnie także „bajkową” promenadę Jardin Poblic, której jeszcze nie było podczas mojego pobytu.

Autor: Prof. zw. med. J. Bożydar Latkowski

Zapisz się do newslettera